Podrzędny nowojorski bar – jedno z lepszych miejsc
na spędzenie czasu i pieniędzy. Dla rozrywki goście mają stół do bilardu, kilka
maszyn do grania, które ustawione są by od czasu do czasu obrobić kogoś z
wypłaty; planszę do rzutek i oczywiście szeroką kolekcję tanich alkoholi.
Przy brudnej ladzie baru siedział samotny
mężczyzna w średnim wieku, a przed nim
stała na wpół pusta szklanka kiepskiej whiskey. Palcem jeździł po brzegu
naczynia, a oczyma wodził po marnym wystroju lokalu. Ciemne ściany, ciemne
meble, wszechobecny smog z fajek, a na dopełnienie całego obrazu nędzy,
skrzeczące radio, grające jakąś piosenkę bożonarodzeniową.
– Hej stary – zwrócił się do niego barman – zaraz
zamykamy, więc kończ drinka.
– Zamykacie? – spytał mężczyzna i spojrzał na
zegarek za nim. – Jest dopiero szósta wieczór.
– Jest Boże Narodzenie, nikt nie lubi siedzieć
długo w robocie w ten dzień.
Klient westchnął głośno, podniósł szklankę i wypił
jej zawartość jednym haustem. Posunął ją po ladzie w stronę pracownika, po czym
wstał i udał się do drzwi. Zatrzymał się na chwilę przy wieszaku, by założyć
swój płaszcz.
Na dworze było mroźno i lekko padał śnieg.
Mężczyzna skierował się w stronę swojego mieszkania, oddalonego o kilka
przecznic. W czasie drogi przyglądał się otoczeniu – nawyk z pracy.
Na ulicach widział całe rodziny, zakochane pary,
grupki dzieci – wszyscy śmiejący się, niosący prezenty. To wszystko było dla
niego fałszywym obrazem rzeczywistości, święta służą jako źródło pokazania
swojego bogactwa i braku znajomości drugiego człowieka.
Przy restauracjach, sklepach czy hotelach stali,
ubrani na czerwono ze sztucznymi brodami, Mikołajowie, którzy dzwonili
dzwonkami i życzyli każdemu "Wesołych Świąt". Obok nich postawione
były koszyki na datki idące na jakieś fundacje czy inne szczytne cele. Mało kto
do nich coś wrzucał, większość przechodziła obojętnie lub mówiła, że nie ma
przy sobie pieniędzy.
W alejkach, między blokami, przed chłodem chowali
się bezdomni. Opatuleni w stare koce, przykryci kartonami, grzejący dłonie przy
ogniskach zrobionych w koksownikach.
Uciekali do niewidocznych zakamarków niczym karaluchy, wiedząc, że na ulicy
mają większą szansę na dostanie krzywego spojrzenia niż dolara.
Mężczyzna wszedł po obsypanych solą schodach i
otworzył drzwi od kompleksu mieszkalnego. Wszedł na czwarte piętro i stanął
przed drzwiami swojego apartamentu, na których widniała tabliczka z nazwiskiem
"John Brown". Otworzył wszystkie zamki, wytarł buty o wycieraczkę i
wszedł do mieszkania. Rzucił płaszcz na wieszak, nie patrząc nawet czy trafił i
skierował się do małej kuchni. Z szafki nad blatem wyciągnął czystą szklankę, a
z zamrażalnika kilka kostek lodu. Przeszedł do ogromnego salonu i wyjął z barku
swoją ulubioną wiśniową brandy. Nalał jej trochę powyżej kości lodu i wziął
małego łyka. Zobaczył migające światełko na stacji telefonu – znak nagrania
głosowego. Debatował przez chwilę czy ją odsłuchać czy lepiej skasować. Z
lekkim wahaniem nacisnął przycisk odsłuchu – po usłyszeniu pierwszych słów, od
razu pożałował tej decyzji.
– Hej John. Tu twoja mama. Szkoda, że nie ma cię z
nami. Wszyscy przyjechali na święta, nawet twoja kuzynka Ann. – Na wspomnienie
tego imienia John przewrócił oczyma. – Robimy zakłady czemu cię nie ma. Ciotka
Linda postawiła dużą sumę na to, że masz do rozwiązania jakąś poważną sprawę
detektywistyczną. Natomiast stryj Lucas uważa, że po prostu ci się nie chce...
– Wszechwiedzący stryj Lucas – wymamrotał pod
nosem John.
– Sama się nie bawię w to. Mam nadzieję, że spędzisz
święta z którymś z kolegów z pracy. Może przyjedziesz na Nowy Rok? Pan Carson
będzie puszczał całą salwę fajerwerków ze swojego podwórka, jak co roku.
Pamiętam, że zawsze ci się podobało to show, które urządzał. Powinno jeszcze
coś zostać ze słynnego ciasta ananasowego ciotki Charlott...
– Tego, w którym zawsze znajdujemy jej włosy i
paznokcie. – Dodał John.
– W każdym razie. Wesołych Świąt kochanie i
trzymaj się ciepło. Zadzwoń jak będziesz w domu. Kocham cię bardzo.
Po krótkim dźwięku dało się słyszeć kolejną
wiadomość.
– Hej John. Tu Jack. Jack Williams z wydziału. –
John podniósł brew ze zdziwienia. – Życzę ci Wesołych Świąt John. Obyś spędził
je z rodziną, a nie znowu sam, jak w poprzednich latach. Wraz ze swoją zaraz
zasiadam do stołu. Widziałem się dziś z innymi chłopakami od nas w barze,
kazali cię gorąco pozdrowić. Wszyscy mamy nadzieję, że nie żłopiesz tej swojej
wiśniowej brandy i nie grasz jakiś smętów na pianinie... fortepianie czy
czymkolwiek tam masz w salonie. Do zobaczenia w robocie za kilka dni. – Na
samym końcu wiadomości John usłyszał jakieś pojedyncze słowo na "d".
W czasie odsłuchu wiadomości, John przeglądał akta
różnych spraw, które były rozrzucone na stole. Każda z nich wydawała mu się
nadzwyczaj banalna. Rabuś ukradł biżuterię, ale znaleźli jego odciski na
drzwiczkach szuflady. Zabójstwo w domu, brak śladów włamania – oznacza to, że
ktoś miał klucz lub wiedział, że pod wycieraczką leżał zapasowy. Dodatkowo są
zeznania sąsiadki, która widziała część twarzy podejrzanego. Oraz masa innych banalnych,
nudnych spraw.
John obszedł stół, przechodząc obok dodanego dla
ozdoby kominka i udał się do swojego ulubionego kącika w domu – kącika
muzycznego.
Przy ścianie stało kilka gitar na stojakach, w
rogu bęben i tamburyn, nad nimi zawieszona była trąbka, a przed wszystkim jego
ulubiony instrument – fortepian.
Szklankę z napojem postawił na przedniej nakrywce
instrumentu, zasiadł przed nim i podniósł klapę od klawiszy. Przejechał po nich
dłonią od lewej do prawej, wydobywając przy tym dźwięki z aparatu. Położył
palce delikatnie na klawiszach i pomyślał, co zagrać. Po kilku momentach dało
się słyszeć pierwsze nuty piosenki "We Wish You a Merry Christmas".
W czasie grania John myślał o minionym roku. Na
samym jego początku awansował na zastępcę detektywa głównego. Miał kilka
ciekawych spraw, jednak każda była zbyt prosta do rozwiązania, w mniemaniu
Johna. W kwietniu odbył się pogrzeb jego ojca. John nigdy nie darzył tego
człowieka miłością. Był apodyktyczny, wszystko musiało być tak, jak on
powiedział – cecha majora wojskowego, jak to określał John. Będąc nawet
pełnoletnim powiedział Johnowi, że na studia może iść tylko na wybranego przez
siebie kierunki: prawo, medycyna, szkoła oficerska policji lub woskowa.
Oczywiście uczelnie też były określone. Nie myśląc wiele, John wybrał tę
najdalszą od domu – w taki właśnie sposób trafił do szkoły oficerskiej policji
w Nowym Jorku.
Na pogrzebie, wtedy, kiedy nikt nie patrzył, John
pobrał materiał genetyczny z ciała swojego ojca – kawałek naskórka. Po powrocie
do domu, wykonał test DNA. Wynik był taki, jaki się spodziewał. Mężczyzna był
jego ojcem pod każdym względem, oprócz krwi. Nie dziwiło go to, odkąd na lekcji
biologii zaczął uczyć się genealogii, zaczął dostrzegać różnice między sobą, a
domniemanym ojcem – inny kolor oczu, inna budowa twarzy, inny kolor włosów.
Reszta roku nie była ciekawa. Kilka pościgów,
grzebanie w aktach, sporo rozpraw sądowych, gdzie przedstawiał, że oskarżony
jest winny; przyjęcie urodzinowe w wydziale, przygodny seks z miłą lekarką, która
opatrywała mu ranę po wypadku.
Nie różnił się on bardzo od poprzednich lat.
Wszystkie zdawały się tak samo szare, że powoli zlewały się w jedną całość. Ta
sama sytuacja tyczyła się dni, każdy był identyczny. Wstać, pójść do pracy,
zrobić swoje, udać się do baru na drinka, wrócić do domu, pograć na
instrumentach przy szklance brandy, spać i powtórzyć. Dni zmieniały się w
tygodnie, tygodnie w miesiące, miesiące w lata. Lata długiej, nudnej,
przewidywalnej, szarej egzystencji.
Przy końcu utworu John przedłużał pauzy między kolejnymi
dźwiękami, chcąc się nimi nacieszyć. Gdy skończył grać westchnął cicho i
sięgnął po swojego drinka. Popatrzył się na ciecz, a potem gdzieś w bok, jego
wzrok był nieobecny. Po krótkiej chwili wypił całą zawartość szklanki.
– Wesołych Świąt John – powiedział do siebie,
zanim wstał i udał się do sypialni.
Po kilku momentach na klatce schodowej bloku dało
się słyszeć głuchy strzał, a na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz