czwartek, 3 maja 2018

Cykl

Szare chmury zasnuwały niebo, jednak nie zwiastowały deszczu. Gęste obłoki nie pozwalały padać światłu na martwy świat poniżej. Nieskończone połacie rzadkiej, wysuszonej trawy przykrywały ziemię. Co jakiś czas pojawiało się na horyzoncie samotne drzewo, które oddało się wiecznemu snu.
Przez to pustkowie szła panna, która wyróżniała się na całym tle szpetnej rzeczywistości. Jej suknia wykonana była z liści wszystkich drzew świata, na rudawej głowie usadzony był wianek upleciony z najpiękniejszych kwiatów. Spojrzenie miała łagodne, a na różanych ustach gościł lekki uśmiech. Towarzyszył jej zastęp zwierząt: królików, jeleni, borsuków, słowików oraz bocianów, które szły i leciały zgodnie z tempem jej chodu.
Za każdym razem, gdy stawiała bosą stopę na ziemi, trawa zieleniła się, ożywała, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Te soczyste kępki łączyły się ze sobą i rozprzestrzeniały. Gdy ta magiczna, życiodajna moc dochodziła do drzew, te od razu wypuszczały pierwsze listki i odzyskiwały utraconą potęgę.
Panna zatrzymała się przy śpiącej na ziemi postaci. Nachyliła się i potrząsnęła jej ramię. Osoba zbudziła się, a gdy jej oczy spotkały się z obliczem kobiety, natychmiast wstała. Panna przyjrzała się mężczyźnie. Jego ciało zasłaniał długi opadający na grunt płaszcz z kruczych piór, a na głowie założony miał kaptur, który zdobiła czaszka jelenia z ogromnym porożem.
– Jesień – powiedziała łagodnie panna.
– Wiosna, ma ukochana. – odrzekł jej Jesień.
– Wiesz, że nastał już czas.
– Wiem, najdroższa – odpowiedział beznamiętnie.
Jesień ściągnął kaptur, spod którego rozsypała się burza czarnych włosów. Z głębi płaszcza wyciągnął śnieżnobiałą dłoń, którą zwieńczały długie paznokcie, podobne do niedźwiedzich pazurów. Przyłożył ją do jej gorącego lica, wywołując na nim uczucie chłodu.
– To już kolejny cykl – zaczął Jesień. – Znów przychodzi ci ożywić, to co ja zabiłem, a ja muszę iść zniszczyć to, co ty wydałaś na świat. To ten przeklęty, nieskończony cykl, którzy trzyma świat w równowadze, a nas z dala od siebie – rzekł gniewnie Jesień.
– Niestety, ukochany. Taka jest kolej rzeczy. Ja, Wiosna, Pani Życia, Matka Natura, przychodzę i nadaje światu kolor, dźwięk i smak. A ty, Jesień, Pan Spustoszenia, Wcielenie Śmierci, musisz zaczernić wszechświat, ogłuszyć go, zemdlić – powiedziała ze smutkiem. – Musisz zniszczyć moje dzieło, bym ja mogła je narodzić na nowo. W ten sposób domkniemy koło.
– Czy nie możemy po prostu przerwać tego cyklu? – spytał naiwnie, obejmując ją. – Czy nie możemy porzucić tego, by być w końcu razem? By być szczęśliwymi?
– O ile to brzmi wspaniale, o tyle nie możemy być razem. Ja przy tobie bym umarła, a ty byś nigdy nie ożył. – Spojrzała na niego czule. – I choć jesteśmy dla siebie stworzeni...
– Nie jest nam dane być ze sobą. – Dokończył. – Takie jest błogosławieństwo dla świata i klątwa na nas.
Ich usta spotkały się na chwilę w słodkogorzkim pocałunku. Wiosna sięgnęła za barki Jesieni i założyła jelenią czaszkę na jego głowę.
– Do zobaczenia za kolejny cykl, ukochany – powiedziała, łzawiąc się.
– Do zobaczenia, ukochana.
Jesień odwrócił się i odszedł bez oglądania się przez ramię. Przeszedł długą drogę, ale dotarł w końcu to kwitnącej krainy. Z jego nadejściem, trawa uschła, drzewa straciły liście, zwierzęta usnęły, a niebo zasnuło się czarnymi chmurami. Znalazłszy miejsce przy dużym kamieniu, Jesień oparł się o niego i zwinął się w kłębek. Zapadł w sen, wyczekując  nadejścia wiosny, by znów mógł dopełnić się odwieczny cykl stworzenia i zniszczenia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz