Szare chmury
zasnuwały niebo, jednak nie zwiastowały deszczu. Gęste obłoki nie pozwalały
padać światłu na martwy świat poniżej. Nieskończone połacie rzadkiej,
wysuszonej trawy przykrywały ziemię. Co jakiś czas pojawiało się na horyzoncie
samotne drzewo, które oddało się wiecznemu snu.
Przez to
pustkowie szła panna, która wyróżniała się na całym tle szpetnej
rzeczywistości. Jej suknia wykonana była z liści wszystkich drzew świata, na
rudawej głowie usadzony był wianek upleciony z najpiękniejszych kwiatów.
Spojrzenie miała łagodne, a na różanych ustach gościł lekki uśmiech.
Towarzyszył jej zastęp zwierząt: królików, jeleni, borsuków, słowików oraz
bocianów, które szły i leciały zgodnie z tempem jej chodu.
Za każdym
razem, gdy stawiała bosą stopę na ziemi, trawa zieleniła się, ożywała, jak za
sprawą czarodziejskiej różdżki. Te soczyste kępki łączyły się ze sobą i
rozprzestrzeniały. Gdy ta magiczna, życiodajna moc dochodziła do drzew, te od
razu wypuszczały pierwsze listki i odzyskiwały utraconą potęgę.
Panna zatrzymała
się przy śpiącej na ziemi postaci. Nachyliła się i potrząsnęła jej ramię. Osoba
zbudziła się, a gdy jej oczy spotkały się z obliczem kobiety, natychmiast
wstała. Panna przyjrzała się mężczyźnie. Jego ciało zasłaniał długi opadający
na grunt płaszcz z kruczych piór, a na głowie założony miał kaptur, który
zdobiła czaszka jelenia z ogromnym porożem.
– Jesień –
powiedziała łagodnie panna.
– Wiosna, ma
ukochana. – odrzekł jej Jesień.
– Wiesz, że
nastał już czas.
– Wiem,
najdroższa – odpowiedział beznamiętnie.
Jesień
ściągnął kaptur, spod którego rozsypała się burza czarnych włosów. Z głębi
płaszcza wyciągnął śnieżnobiałą dłoń, którą zwieńczały długie paznokcie, podobne
do niedźwiedzich pazurów. Przyłożył ją do jej gorącego lica, wywołując na nim
uczucie chłodu.
– To już
kolejny cykl – zaczął Jesień. – Znów przychodzi ci ożywić, to co ja zabiłem, a
ja muszę iść zniszczyć to, co ty wydałaś na świat. To ten przeklęty,
nieskończony cykl, którzy trzyma świat w równowadze, a nas z dala od siebie –
rzekł gniewnie Jesień.
– Niestety,
ukochany. Taka jest kolej rzeczy. Ja, Wiosna, Pani Życia, Matka Natura,
przychodzę i nadaje światu kolor, dźwięk i smak. A ty, Jesień, Pan Spustoszenia,
Wcielenie Śmierci, musisz zaczernić wszechświat, ogłuszyć go, zemdlić – powiedziała
ze smutkiem. – Musisz zniszczyć moje dzieło, bym ja mogła je narodzić na nowo.
W ten sposób domkniemy koło.
– Czy nie
możemy po prostu przerwać tego cyklu? – spytał naiwnie, obejmując ją. – Czy nie
możemy porzucić tego, by być w końcu razem? By być szczęśliwymi?
– O ile to
brzmi wspaniale, o tyle nie możemy być razem. Ja przy tobie bym umarła, a ty
byś nigdy nie ożył. – Spojrzała na niego czule. – I choć jesteśmy dla siebie
stworzeni...
– Nie jest
nam dane być ze sobą. – Dokończył. – Takie jest błogosławieństwo dla świata i
klątwa na nas.
Ich usta spotkały
się na chwilę w słodkogorzkim pocałunku. Wiosna sięgnęła za barki Jesieni i
założyła jelenią czaszkę na jego głowę.
– Do
zobaczenia za kolejny cykl, ukochany – powiedziała, łzawiąc się.
– Do zobaczenia,
ukochana.
Jesień
odwrócił się i odszedł bez oglądania się przez ramię. Przeszedł długą drogę,
ale dotarł w końcu to kwitnącej krainy. Z jego nadejściem, trawa uschła, drzewa
straciły liście, zwierzęta usnęły, a niebo zasnuło się czarnymi chmurami. Znalazłszy
miejsce przy dużym kamieniu, Jesień oparł się o niego i zwinął się w kłębek.
Zapadł w sen, wyczekując nadejścia
wiosny, by znów mógł dopełnić się odwieczny cykl stworzenia i zniszczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz