czwartek, 3 maja 2018

Wesołych Świąt


Podrzędny nowojorski bar – jedno z lepszych miejsc na spędzenie czasu i pieniędzy. Dla rozrywki goście mają stół do bilardu, kilka maszyn do grania, które ustawione są by od czasu do czasu obrobić kogoś z wypłaty; planszę do rzutek i oczywiście szeroką kolekcję tanich alkoholi.
Przy brudnej ladzie baru siedział samotny mężczyzna w średnim wieku, a  przed nim stała na wpół pusta szklanka kiepskiej whiskey. Palcem jeździł po brzegu naczynia, a oczyma wodził po marnym wystroju lokalu. Ciemne ściany, ciemne meble, wszechobecny smog z fajek, a na dopełnienie całego obrazu nędzy, skrzeczące radio, grające jakąś piosenkę bożonarodzeniową.
– Hej stary – zwrócił się do niego barman – zaraz zamykamy, więc kończ drinka.
– Zamykacie? – spytał mężczyzna i spojrzał na zegarek za nim. – Jest dopiero szósta wieczór.
– Jest Boże Narodzenie, nikt nie lubi siedzieć długo w robocie w ten dzień.
Klient westchnął głośno, podniósł szklankę i wypił jej zawartość jednym haustem. Posunął ją po ladzie w stronę pracownika, po czym wstał i udał się do drzwi. Zatrzymał się na chwilę przy wieszaku, by założyć swój płaszcz.
Na dworze było mroźno i lekko padał śnieg. Mężczyzna skierował się w stronę swojego mieszkania, oddalonego o kilka przecznic. W czasie drogi przyglądał się otoczeniu – nawyk z pracy.
Na ulicach widział całe rodziny, zakochane pary, grupki dzieci – wszyscy śmiejący się, niosący prezenty. To wszystko było dla niego fałszywym obrazem rzeczywistości, święta służą jako źródło pokazania swojego bogactwa i braku znajomości drugiego człowieka.
Przy restauracjach, sklepach czy hotelach stali, ubrani na czerwono ze sztucznymi brodami, Mikołajowie, którzy dzwonili dzwonkami i życzyli każdemu "Wesołych Świąt". Obok nich postawione były koszyki na datki idące na jakieś fundacje czy inne szczytne cele. Mało kto do nich coś wrzucał, większość przechodziła obojętnie lub mówiła, że nie ma przy sobie pieniędzy.
W alejkach, między blokami, przed chłodem chowali się bezdomni. Opatuleni w stare koce, przykryci kartonami, grzejący dłonie przy ogniskach zrobionych w  koksownikach. Uciekali do niewidocznych zakamarków niczym karaluchy, wiedząc, że na ulicy mają większą szansę na dostanie krzywego spojrzenia niż dolara.
Mężczyzna wszedł po obsypanych solą schodach i otworzył drzwi od kompleksu mieszkalnego. Wszedł na czwarte piętro i stanął przed drzwiami swojego apartamentu, na których widniała tabliczka z nazwiskiem "John Brown". Otworzył wszystkie zamki, wytarł buty o wycieraczkę i wszedł do mieszkania. Rzucił płaszcz na wieszak, nie patrząc nawet czy trafił i skierował się do małej kuchni. Z szafki nad blatem wyciągnął czystą szklankę, a z zamrażalnika kilka kostek lodu. Przeszedł do ogromnego salonu i wyjął z barku swoją ulubioną wiśniową brandy. Nalał jej trochę powyżej kości lodu i wziął małego łyka. Zobaczył migające światełko na stacji telefonu – znak nagrania głosowego. Debatował przez chwilę czy ją odsłuchać czy lepiej skasować. Z lekkim wahaniem nacisnął przycisk odsłuchu – po usłyszeniu pierwszych słów, od razu pożałował tej decyzji.
– Hej John. Tu twoja mama. Szkoda, że nie ma cię z nami. Wszyscy przyjechali na święta, nawet twoja kuzynka Ann. – Na wspomnienie tego imienia John przewrócił oczyma. – Robimy zakłady czemu cię nie ma. Ciotka Linda postawiła dużą sumę na to, że masz do rozwiązania jakąś poważną sprawę detektywistyczną. Natomiast stryj Lucas uważa, że po prostu ci się nie chce...
– Wszechwiedzący stryj Lucas – wymamrotał pod nosem John.
– Sama się nie bawię w to. Mam nadzieję, że spędzisz święta z którymś z kolegów z pracy. Może przyjedziesz na Nowy Rok? Pan Carson będzie puszczał całą salwę fajerwerków ze swojego podwórka, jak co roku. Pamiętam, że zawsze ci się podobało to show, które urządzał. Powinno jeszcze coś zostać ze słynnego ciasta ananasowego ciotki Charlott...
– Tego, w którym zawsze znajdujemy jej włosy i paznokcie. – Dodał John.
– W każdym razie. Wesołych Świąt kochanie i trzymaj się ciepło. Zadzwoń jak będziesz w domu. Kocham cię bardzo.
Po krótkim dźwięku dało się słyszeć kolejną wiadomość.
– Hej John. Tu Jack. Jack Williams z wydziału. – John podniósł brew ze zdziwienia. – Życzę ci Wesołych Świąt John. Obyś spędził je z rodziną, a nie znowu sam, jak w poprzednich latach. Wraz ze swoją zaraz zasiadam do stołu. Widziałem się dziś z innymi chłopakami od nas w barze, kazali cię gorąco pozdrowić. Wszyscy mamy nadzieję, że nie żłopiesz tej swojej wiśniowej brandy i nie grasz jakiś smętów na pianinie... fortepianie czy czymkolwiek tam masz w salonie. Do zobaczenia w robocie za kilka dni. – Na samym końcu wiadomości John usłyszał jakieś pojedyncze słowo na "d".
W czasie odsłuchu wiadomości, John przeglądał akta różnych spraw, które były rozrzucone na stole. Każda z nich wydawała mu się nadzwyczaj banalna. Rabuś ukradł biżuterię, ale znaleźli jego odciski na drzwiczkach szuflady. Zabójstwo w domu, brak śladów włamania – oznacza to, że ktoś miał klucz lub wiedział, że pod wycieraczką leżał zapasowy. Dodatkowo są zeznania sąsiadki, która widziała część twarzy podejrzanego. Oraz masa innych banalnych, nudnych spraw.
John obszedł stół, przechodząc obok dodanego dla ozdoby kominka i udał się do swojego ulubionego kącika w domu – kącika muzycznego.
Przy ścianie stało kilka gitar na stojakach, w rogu bęben i tamburyn, nad nimi zawieszona była trąbka, a przed wszystkim jego ulubiony instrument – fortepian.
Szklankę z napojem postawił na przedniej nakrywce instrumentu, zasiadł przed nim i podniósł klapę od klawiszy. Przejechał po nich dłonią od lewej do prawej, wydobywając przy tym dźwięki z aparatu. Położył palce delikatnie na klawiszach i pomyślał, co zagrać. Po kilku momentach dało się słyszeć pierwsze nuty piosenki "We Wish You a Merry Christmas".
W czasie grania John myślał o minionym roku. Na samym jego początku awansował na zastępcę detektywa głównego. Miał kilka ciekawych spraw, jednak każda była zbyt prosta do rozwiązania, w mniemaniu Johna. W kwietniu odbył się pogrzeb jego ojca. John nigdy nie darzył tego człowieka miłością. Był apodyktyczny, wszystko musiało być tak, jak on powiedział – cecha majora wojskowego, jak to określał John. Będąc nawet pełnoletnim powiedział Johnowi, że na studia może iść tylko na wybranego przez siebie kierunki: prawo, medycyna, szkoła oficerska policji lub woskowa. Oczywiście uczelnie też były określone. Nie myśląc wiele, John wybrał tę najdalszą od domu – w taki właśnie sposób trafił do szkoły oficerskiej policji w Nowym Jorku.
Na pogrzebie, wtedy, kiedy nikt nie patrzył, John pobrał materiał genetyczny z ciała swojego ojca – kawałek naskórka. Po powrocie do domu, wykonał test DNA. Wynik był taki, jaki się spodziewał. Mężczyzna był jego ojcem pod każdym względem, oprócz krwi. Nie dziwiło go to, odkąd na lekcji biologii zaczął uczyć się genealogii, zaczął dostrzegać różnice między sobą, a domniemanym ojcem – inny kolor oczu, inna budowa twarzy, inny kolor włosów.
Reszta roku nie była ciekawa. Kilka pościgów, grzebanie w aktach, sporo rozpraw sądowych, gdzie przedstawiał, że oskarżony jest winny; przyjęcie urodzinowe w wydziale, przygodny seks z miłą lekarką, która opatrywała mu ranę po wypadku.
Nie różnił się on bardzo od poprzednich lat. Wszystkie zdawały się tak samo szare, że powoli zlewały się w jedną całość. Ta sama sytuacja tyczyła się dni, każdy był identyczny. Wstać, pójść do pracy, zrobić swoje, udać się do baru na drinka, wrócić do domu, pograć na instrumentach przy szklance brandy, spać i powtórzyć. Dni zmieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, miesiące w lata. Lata długiej, nudnej, przewidywalnej, szarej egzystencji.
Przy końcu utworu John przedłużał pauzy między kolejnymi dźwiękami, chcąc się nimi nacieszyć. Gdy skończył grać westchnął cicho i sięgnął po swojego drinka. Popatrzył się na ciecz, a potem gdzieś w bok, jego wzrok był nieobecny. Po krótkiej chwili wypił całą zawartość szklanki.
– Wesołych Świąt John – powiedział do siebie, zanim wstał i udał się do sypialni.
Po kilku momentach na klatce schodowej bloku dało się słyszeć głuchy strzał, a na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka.

Przemijanie. Ostatnia konwersacja.


            Samotny człowiek czołgał się w stronę lasu, ręką uciskając obficie krwawiącą ranę na brzuchu. Oddychał ciężko przez zaciśnięte zęby, widać było, że każdy kolejny ruch sprawiał mu ból. Dopełzł do najbliższego pnia i oparł się o niego. Spojrzał na miejsce rany, spod drżącej dłoni sączyła się brunatna krew.
            Nagle usłyszał wybuch, skierował wzrok przed siebie. Setki poległych żołnierzy leżało martwych na szkarłatnej łące. Drugie tyle dalej było zwarte w walce. Strach, gniew, rozpacz, ból lub żałość malowały się na twarzach walczących. Każdy z nich, niczym marionetka, wykonywał rozkazy swoich dowódców.
            Nie miało to już większego znaczenia dla rannego wojownika. Sięgnął do swojej torby, w drżącej dłoni trzymał fajkę i zawiniątko z tytoniem. Nagle zawartość dygoczącej garści rozpierzchła się na ziemię. Ręka mężczyzny opadła bezwładnie, oczy powoli się zamknęły.
            – Hej, staruszku. Pobudka!
            Mężczyzna podniósł mozolnie wzrok na postać przed nim. Ujrzał odzianego w czarną szatę osobnika. Ten przyglądał mu się z lekkim uśmiechem.
            – Masz, to raczej twoje. Bardzo chciałeś zapalić, co?
            Ujął jego dłoń i włożył w nią fajkę z tlącym się dymkiem. Pomógł mu podnieść rękę do ust, by żołnierz mógł wziąć bucha.
            – Dzięki... tego mi trzeba było. – Uśmiechnął się cierpko. – Ostatnia fajka przed śmiercią.
            – Masz szczęście, że byłem obok, by pomóc ci to ziścić – rzekł nieznajomy, siadając na powalonym drzewie.
            Mężczyzna przyjrzał się tajemniczemu towarzyszowi.
            – Skądś żeś się tu właściwie wziął, co? Nie masz munduru, więc żołdakiem nie jesteś. Posłaniec? Nasz czy tych drugich?
            – Nic z tych rzeczy. Przypadkowy przechodzień w przypadkowym miejscu.
            – Przypadkowy, co? Usłyszałeś wrzaski i przyszedłeś popatrzeć na tę bezsensowną bitewkę. – Zaciągnął się.
            – Bezsensowną? – spytał zdziwiony. – Czemu tak uważasz? Walczycie dla swoich państw, nieważne, czy atakujecie, czy się bronicie, wojujecie w jakimś większym celu.
            – Większym celu? – Parsknął śmiechem. – Naiwni jesteście, synku. Nie ma tu żadnego większego celu. Dla mnie to wszystko to przypomina chłopską burdę. Spójrz na nich. – Skinął dłonią w stronę bitwy. – Prawie żaden nie chce tu być. Klepią się po mordach o coś poza nimi. Biją się o coś, czego chcą ich władcy. I po co to wszystko, powiedz mi?
            – Ten, który wygra, zyska coś. W tym przypadku zwycięzca będzie mógł przesunąć front i przybliżyć się do wygranej – mruknął.
            – Opisujesz to, co widzisz – powiedział zrezygnowany starzec.
            – A jak inaczej można na to spojrzeć? Skoro uważasz to za bezsens, to dlaczego brałeś w tym udział?
            – Aaaa, widzisz chłopcze, teraz gadasz. – Zaciągnął się długo, zanim wznowił. – Po co? Powiem ci, synku, że po nic. Jestem tu, bo mi kazano. Albo na front, albo żegnaj ziemio. Do wyboru byłem ja lub syn. On jest młody, krzepki, dlatego ja tu jestem, by to on nie leżał tu pod drzewem.
            – Czyli poświęciłeś się dla dziecka? Szlachetnie – powiedział z podziwem.
            – Żadne szlachetnie. Rozumnie. On ma jeszcze całe życie przed sobą, utrzyma ziemię, znajdzie kobietę, spłodzi dzieci. A ja, starzec? Swoje już zrobiłem, nie zostało mi nic poza śmiercią. Ale zamiast umierać w łóżku przy dzieciach i wnukach, to ginę tu samotnie. Wszystko przez to, że jakimś dwóm bałwanom nie podobała się granica.
            – Nie masz zbyt dobrego zdania o władzy, co? Nie sądzisz jednak, że to służy czemuś?
            – Wątpię synku, wątpię – odparł zamyślony. – Za jakiś czas znowu będzie wojna o teren, znowu będzie nowa granica. I na co to komu? A ci wszyscy tu zgromadzeni? Przeminą. Nikt nie będzie ich pamiętał. Nie znajdą się na kartach historii, pamiętać o nich będą tylko bliscy. – Urwał na kolejnego bucha. – Ale też nie będą pamiętani długo, dwa, trzy pokolenia, a potem też ich zapomną. O kapitanach, generałach czy królach też nie będą pamiętać dłużej. Nie ma znaczenia, czyje nazwisko znajdzie się na kartach dziejów. Każdy z nich padnie niczym mucha, a ich ciała zmienią się w proch.
            – Czyli twoim zdaniem po co to wszystko wciąż się dzieje? – spytał zagubiony.
            – Sam nie wiem... – Wzruszył ramionami. – Chcą sławy, pieniędzy, ziemi. Nie zdają sobie sprawy, że to też przeminie. Sława zniknie, pieniądze stracą wartość, a ziemia przestanie dawać życie. Walczą dla momentu, dla własnej korzyści, przyjemności. Myślą, że jak coś tu osiągną, to po śmierci kimś będą. Jakby to się liczyło po drugiej stronie.
            – Ciekawy z ciebie człek, staruszku. – Zaśmiał się nieznajomy. – Masz jakieś ciekawe historie?
            – Wątpię, żeby życie prostego chłopa było ciekawe. Chyba, że chcesz słuchać o sianiu pola czy goleniu owiec. – Uśmiechnął się szeroko.
            – Rzeczywiście niezbyt ciekawe tematy. Ja mam trochę historyjek o innych ludziach. Jeśli chcesz posłuchać, to możemy się przejść. Niedaleko jest wzgórze z pięknym widokiem na dolinę z rzeką.
            – Nie brzmi źle. I tak nie mam nic lepszego do roboty zanim skonam.
            Nieznajomy podszedł do starca, pomógł mu wstać i wsparł go ramieniem, by ten nie upadł. Udali się głębiej w las, a tajemniczy towarzysz począł opowiadać mu historię o pewnej dziewce, która była barmanką.
            Żołnierz obejrzał się przez ramię. Patrzył na oddalającą się łąkę, gdzie żołdacy walczyli między sobą. Jego uwagę przykuło jednak coś innego. Samotne ciało oparte o pień, a obok niego leżąca fajka z zawiniątkiem.
            Starzec uśmiechnął się lekko. Wsłuchał się w historyjkę obcego, podążając we wskazanym mu kierunku.

Cykl

Szare chmury zasnuwały niebo, jednak nie zwiastowały deszczu. Gęste obłoki nie pozwalały padać światłu na martwy świat poniżej. Nieskończone połacie rzadkiej, wysuszonej trawy przykrywały ziemię. Co jakiś czas pojawiało się na horyzoncie samotne drzewo, które oddało się wiecznemu snu.
Przez to pustkowie szła panna, która wyróżniała się na całym tle szpetnej rzeczywistości. Jej suknia wykonana była z liści wszystkich drzew świata, na rudawej głowie usadzony był wianek upleciony z najpiękniejszych kwiatów. Spojrzenie miała łagodne, a na różanych ustach gościł lekki uśmiech. Towarzyszył jej zastęp zwierząt: królików, jeleni, borsuków, słowików oraz bocianów, które szły i leciały zgodnie z tempem jej chodu.
Za każdym razem, gdy stawiała bosą stopę na ziemi, trawa zieleniła się, ożywała, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Te soczyste kępki łączyły się ze sobą i rozprzestrzeniały. Gdy ta magiczna, życiodajna moc dochodziła do drzew, te od razu wypuszczały pierwsze listki i odzyskiwały utraconą potęgę.
Panna zatrzymała się przy śpiącej na ziemi postaci. Nachyliła się i potrząsnęła jej ramię. Osoba zbudziła się, a gdy jej oczy spotkały się z obliczem kobiety, natychmiast wstała. Panna przyjrzała się mężczyźnie. Jego ciało zasłaniał długi opadający na grunt płaszcz z kruczych piór, a na głowie założony miał kaptur, który zdobiła czaszka jelenia z ogromnym porożem.
– Jesień – powiedziała łagodnie panna.
– Wiosna, ma ukochana. – odrzekł jej Jesień.
– Wiesz, że nastał już czas.
– Wiem, najdroższa – odpowiedział beznamiętnie.
Jesień ściągnął kaptur, spod którego rozsypała się burza czarnych włosów. Z głębi płaszcza wyciągnął śnieżnobiałą dłoń, którą zwieńczały długie paznokcie, podobne do niedźwiedzich pazurów. Przyłożył ją do jej gorącego lica, wywołując na nim uczucie chłodu.
– To już kolejny cykl – zaczął Jesień. – Znów przychodzi ci ożywić, to co ja zabiłem, a ja muszę iść zniszczyć to, co ty wydałaś na świat. To ten przeklęty, nieskończony cykl, którzy trzyma świat w równowadze, a nas z dala od siebie – rzekł gniewnie Jesień.
– Niestety, ukochany. Taka jest kolej rzeczy. Ja, Wiosna, Pani Życia, Matka Natura, przychodzę i nadaje światu kolor, dźwięk i smak. A ty, Jesień, Pan Spustoszenia, Wcielenie Śmierci, musisz zaczernić wszechświat, ogłuszyć go, zemdlić – powiedziała ze smutkiem. – Musisz zniszczyć moje dzieło, bym ja mogła je narodzić na nowo. W ten sposób domkniemy koło.
– Czy nie możemy po prostu przerwać tego cyklu? – spytał naiwnie, obejmując ją. – Czy nie możemy porzucić tego, by być w końcu razem? By być szczęśliwymi?
– O ile to brzmi wspaniale, o tyle nie możemy być razem. Ja przy tobie bym umarła, a ty byś nigdy nie ożył. – Spojrzała na niego czule. – I choć jesteśmy dla siebie stworzeni...
– Nie jest nam dane być ze sobą. – Dokończył. – Takie jest błogosławieństwo dla świata i klątwa na nas.
Ich usta spotkały się na chwilę w słodkogorzkim pocałunku. Wiosna sięgnęła za barki Jesieni i założyła jelenią czaszkę na jego głowę.
– Do zobaczenia za kolejny cykl, ukochany – powiedziała, łzawiąc się.
– Do zobaczenia, ukochana.
Jesień odwrócił się i odszedł bez oglądania się przez ramię. Przeszedł długą drogę, ale dotarł w końcu to kwitnącej krainy. Z jego nadejściem, trawa uschła, drzewa straciły liście, zwierzęta usnęły, a niebo zasnuło się czarnymi chmurami. Znalazłszy miejsce przy dużym kamieniu, Jesień oparł się o niego i zwinął się w kłębek. Zapadł w sen, wyczekując  nadejścia wiosny, by znów mógł dopełnić się odwieczny cykl stworzenia i zniszczenia.